niedziela, 16 września 2012

Odrobina GLAMOUR




Lubię takie wyzwania, które w głowie wymagają  otwarcia zupełnie innych szufladek z pomysłami  niż zwykle. Tymi odświętnymi , niecodziennymi. Dekoracja  z kwiatów  potrzebowała  zaplanowania zrównoważonej kompozycji, kolorystyki, zastosowania różnorodności faktur, oryginalnych materiałów i takich elementów, które pomysłom dodają tajemniczości ,   jednocześnie wprowadzając ład, harmonię, spokój i elegancję . I choć kwiaty są sztuczne , to  finezja i dokładność ich wykonania sprawiają, że praca z nimi jest wielką przyjemnością. Odstawiłam więc na chwilę szlifierkę, pędzle i  ludowy design. Każdy potrzebuje  odskoczni  i odpoczynku ,tym bardziej, że przy takiej odświętnej okazji może się czegoś nowego nauczyć. A efekty  oceńcie sami.

Zaplanowałam  i zebrałam  materiały.

Zaczęłam od nadania kompozycji  kształtu piramidy o szerokiej podstawie.


Kolejno uzupełniałam  bukiet dbając o równowagę kompozycji.

To  projekt  pełen przepychu i charme’u.  Dla tych, którzy we wnętrzach uwielbiają blask, szyk, szlachetne  materiały oraz okazałe  formy. „Świecić , błyszczeć , połyskiwać i mienić się”, to najpopularniejsze  czasowniki  słownika glamour. Nie obędzie się więc bez kryształów, szlachetnych kruszców, wspaniałych tkanin , egzotycznego drewna i blasku świec. Moja „odświętna” dekoracja jest dopełnieniem wystroju szykownej jadalni . W towarzystwie  chromowanych ram lustra, szklanego żyrandola i  innych drobiazgów na długo doda energii  domowemu ciepłu.



Na swoim miejscu.





***

Miłego tygodnia!

sobota, 8 września 2012

Pudełko na nici



Pamiętam niciarkę mojej babci,  rozkładane pudełko, szkatułkę z dziesiątką schowków i szufladek. W nich kolorowe guziki, zapinki, haftki, drewniane szpulki, koraliki, tasiemki.  W oczach dziecka to była skrzynia pełna skarbów schowana poza zasięgiem, wysoko na szafie.




Myszkując w „starociach” znalazłam podobną niciarkę, która przywołała  wspomnienia czarodziejskiego pudełka. Tylko kto w dzisiejszych czasach ceruje skarpetki? Profesjonalne zestawy igieł, szydełek i nici mają tylko  wtajemniczone koronczarki, hafciarki,  szwaczki i inni mistrzowie rękodzieła , dla których ta archaiczna dziś dziedzina nie stanowi tajemnicy. Dziś domowe przyborniki to igły, papierowe szpulki z nawiniętymi kilkoma metrami białej, czarnej i kolorowej nitki , do tego uniwersalny guzik i kilka agrafek.





 Znalezisko było mocno zniszczone. Wymagało dokładnego oczyszczenia  po rozkręceniu  wszystkich elementów. Odbarwienia na wieczku przykryłam farbą i wycinanką. Teraz niciarka  może stać wszędzie jako ozdoba. A  może stanie się schowkiem  na  drobiazgi i słodycze?

Dekoracja farbą akrylową i wycinanką.
Malowanie satynowym lakierem.




***

Miłego weekendu!


czwartek, 19 lipca 2012

Hemeromania czyli w teatrze tysiąca pierwszoplanowych aktorów.


O tej porze lata  w Parku Wojsławice główną rolę gra kolekcja liliowców. Mają tu ponad trzy tysiące odmian tej rośliny o zaczarowanych kwiatach, otwierających kielichy tylko na jeden dzień, ale o  obfitości pąków tak wielkiej, że nie brakuje  liliowców które przekwitły przedwczoraj, tych które piękne były poprzedniego dnia i tych, które zakwitną jutro, pojutrze, popojutrze...  Raz w roku w pełni  kwitnienia mają  Hemerocalisy /to łacińska nazwa liliowców/ swoje święto, które do Wojsławic przyciąga nie mniej liczną rzeszę hemeromaniaków.

'Zodiac' 1966













         Staję zatem przed wzgórzem udekorowanym kolorowymi wstęgami kwiatów, niczym  tort weselny słodkim konfetti.       Ze wszystkich stron wspinają się, opadają i przecinają alejki , którym  towarzyszą  obsypane kwieciem  zielone kępy.


  Tak jak inni wspinam się na szczyt wzgórza bez zadyszki , bo przecież trzeba się co krok zatrzymywać i podziwiać nowe odmiany. Początkowo wszystkie liliowce wydają się do siebie podobne, ale z czasem każdy dostrzega niuanse i różnice w odcieniach, a to zachęca do wnikliwych obserwacji. W ciepłym powietrzu przedpołudnia unosi się i zniewala błogi zapach. Wystarczy kilka głębokich wdechów i słodycz  aromatów przenosi do innego  wymiaru. Obserwuję ludzi.  Magia  miejsca pozwala na niespotykane gdzie indziej zachowania. Wielu zdejmuje buty, chodząc boso po trawie. Później  siadają na drewnianych ławeczkach, kontemplują, uśmiechają się do innych. Tak działa kwiatowa energia. Wszyscy ochoczo rozprawiają o cudach przyrody, które ich tu przywiodły i o zamiarach wprowadzenia zmian w swoich ogrodach.






Przysiadam i ja. Zachęcona  atmosferą powoli układam się na drewnianej kłodzie tuż pod opadającym łanem liści i kwiatów. Zamykam oczy.  Cisza...Z czasem dobiega  szelest liści poruszanych ciepłym wiatrem. A może to furkoczący gdzieś w górze latawiec? Przez pryzmat kwiatów widać delikatnie pofalowany krajobraz z magiczną Ślężą w oddali. Odpoczywam…

                                                           „Kto wie co kiedyś będzie po nas, Świat  tyle piękna w sobie ma.
        Choć nie  wszystko  zdążysz poznać, kochaj , nie będziesz sam…”                               

'Jealous Pink' 1990





'Strutters Ball' 1984


Schodząc z liliowcowej góry jeszcze się za siebie oglądam. Po kilku godzinach widzę kwiaty inaczej, razem ze słońcem.
Tak miłe chwile pozostają na zawsze w pamięci i prędzej czy później owocują  nową inspiracją w pracy. Po powrocie do domu moje ręce chwyciły pędzel i powstała  pierwsza akwarela z Hemerocalisem.


Jolanta Czuksanow "Hemerocalis"Akwarela 35x50


Miłego weekendu.


piątek, 13 lipca 2012

Klamoty i graty



Na ludowo, po renowacji. 


Przekładamy je z miejsca na miejsce, upychamy w coraz ciemniejsze kąty, aż  w końcu  o nich zapominamy, bo niemodne i bez fasonu.  Marnieją zawstydzone , zakurzone, oplecione pajęczynami, smutno wspominając czasy  świetności. I tak mijają tygodnie, miesiące, lata, aż pewnego dnia ktoś zdecyduje: czy mają dokonać żywota jako podpałka, czy na śmietniku? Ale bywa i tak, że zamiast wydać wyrok, wypowie się zaklęcie: „Czy można się przysiąść?”, dzięki któremu mogą zyskać drugą młodość!


Miłego weekendu!



piątek, 6 lipca 2012

Malowane Lustro


Motyw niezapominajek z malowanej półki powrócił do mnie z kolejnym miłym zamówieniem. Tym razem miałam przemienić  lustro. Zamówienie starocia przez internet  niesie ze sobą wiele  niepewności i ryzyka. Czy dotrze w całości? Już zdjęcie ofertowe uchylało rąbka tajemnicy  pękniętej szyby. Odpuściłabym sobie, gdyby nie  urzekł mnie  kształt  sędziwej ramy. Zamówione – dostarczone.    
 I wtedy się  okazało, że najgorsze przede mną, bo lustro dotarło  przyprószone nie siwizną wieku, ale pyłem drzewnym  po wyżeraczach  kornikowych  i o zgrozo może jeszcze w niej bytujących. I co teraz? I co teraz?         


  -Robali trudno się pozbyć. Najlepiej spalić.- zawyrokował poproszony o opinię  stolarz .  
  -Nigdy!!!    Nie ma takiej opcji.  
                                                                                                                                                                               
W końcu przypomniał sobie  kogoś, kto jak to określił „GAZUJE” robale.
 Udałam się pod wskazany adres : „ Za lasem  w prawo, wzdłuż wierzbowej drogi , do modrzewiowego płotu, a potem to już  znajdę…    a jak nie, to zapytać w sklepie ”.

Wybawca lustra okazał się szalonym plastykiem, a na dodatek niezwykle sympatycznym  właścicielem  starej koziarni, w której zamieszkał razem ze swą  niecodziennych rozmiarów brodą. Może kiedyś opiszę na czym polega sztuka takiego rozmieszczenia pałacowych sprzętów,  mebli i kaflowego kominka z pięknie rzeźbionym gzymsem, by stare kozie locum zamienić w  stylowe mieszkanie. Tę znajomość zachowam w szufladce „nietypowe zdarzenia”.



 Tak naprawdę nie wiem, czy w ramie rzeczywiście tętniło bogate życie wewnętrzne. Nawet jeśli, to kilkudniowy proces pozbywania  się ewentualnych mieszkańców  oczyścił atmosferę.    Rama cała i zdrowa wreszcie w moim warsztacie. Teraz moja kolej! Czyszczenie, bejcowanie , ozdabianie, woskowanie, wizyta u szklarza.



     I  oto jest lustro... Piękne i nowe. 
    A  do tego jeszcze z odbiciem swojej i mojej historii .      


Foto Jolanta Czuksanow
     




piątek, 29 czerwca 2012

Na biało





Nie ma żadnych wątpliwości: wiklinowe fotele to był bardzo dobry wybór. Na mojej werandzie wyglądają jak stworzone do tego miejsca. Białe kwiaty petunii i wszędzie wdzierające się liście winnych krzewów są doskonałym tłem dla  koronkowych splotów siedzisk. Lubię taką właśnie wiklinę: szeleszczącą, romantyczną,  ekologiczną. Ale gdy rozstawiłam komplecik i nań popatrzyłam, to jednak pomyślałam, że ta czysta ekologia  trochę nijaka. Wzięłam więc pędzel, bejcę i pomalowałam na biało.


Co z tego wyszło?  Malowanie wikliny jest nie lada wyzwaniem i taka decyzja… wiecie, fotele trochę kosztują… Pędzel drżał w dłoni , ale doprowadziłam wszystko do szczęśliwego finału. Popatrzyłam na efekt przemiany i wydałam werdykt: w nowej, białej odsłonie, fotele wyciszyły i uspokoiły nastrój na werandzie. Wprowadziły idealny klimat relaksu i odpoczynku. Jednym słowem jest dobrze! Mam nadzieję, że zabezpieczenie plecionek bejcą przedłuży ich żywot i urodę dodatkowo o  sezon, a może nawet i dwa?

Fot. Jolanta Czuksanow 


czwartek, 28 czerwca 2012

Wiklinowe pole







 Wszystko zaczęło się od  mazowieckiej wierzby.Dawała ludziom materiał na płoty,
 kosze, opał i lekarstwo. Ma przecież w korze naturalną aspirynę.
 Podawana w dawnych czasach w postaci wywaru z kory  koiła gorączkę i bóle. Ale przyszły takie czasy, w których główną rolę użytkową odgrywa jej kuzynka „Amerykanka”. Bo wiklina o której chcę napisać była przywieziona do nas dawno temu zza Oceanu.



Zanim odwiedziłam „wiklinową farmę”, moja wiedza na temat wierzbowych witek, ograniczała się do podziwiania  finezyjnych koszy i koszyczków wyplatanych przez śmigłe ręce.  Tak… Muszą być zręczne i wprawne, bo sploty są perfekcyjne, jakby nie były dziełem człowieka ,a zaprogramowanej maszyny. Miło patrzeć , podziwiać ,  codziennie użytkować. Po prostu mieć przedmiot, któremu  ktoś swoim dotykiem oddał pasję , miłość i energię. Ta zaklęta moc wraca do nas później w codziennym użytkowaniu. Zaraz wam opowiem, ile pracy i zaangażowania potrzeba, by na stole można było postawić chleb w ulubionym wiklinowym koszyczku.
 Pole na którym uprawia się wiklinę nie musi być bardzo żyzne, ale w glebie powinno być dużo wody. Sadzenie odbywa się wiosną  i polega na wtykaniu w ziemię odpowiedniej odmiany, świeżo przyciętych „zrazów” o długości  ok. 25 cm i grubości ołówka. Później pole trzeba często pielić, aby chwasty nie zagłuszyły wrażliwych  na brak światła młodych roślin. Wiklinę dokarmia się nawozami, chroni przed różnymi robalami i choróbskami. No i oczywiście trzeba się modlić, by nie przyszedł majowy grad i nie zniszczył całej plantacji. Ścina się ją jesienią lub wiosną, wiąże w snopki i układa do suszenia najpierw na polu, później w suszarniach. 





Specjalne maszyny korują patyki i dalej zaczyna się proces „uszlachetniania materiału”. Cały ten znój po to, by utrzymać ładny wygląd przyszłych wiklinowych koszyków. Te gładkie, o wyraźnym kolorze są gotowane i korowane,  białe -moczarkowane, a  grubsze o surowym wyglądzie, w których zazwyczaj sadzimy kwiaty na balkonach, są z wikliny niekorowanej. Wierzbę można też barwić.       Urzeczona  wierzbową historią załadowałam samochód  fotelami i koszami. Pełna uznania dla ludzi i ich pracy, wróciłam do domu zadowolona , że nie uległam rattanowi z Chin, czy Indonezji i na moim tarasie rozgoszczą się z lekka trzeszczący, ple... ple...  jegomoście. Żywot mebli z wikliny jest może niedługi, ale w końcu roślina potrzebuje rok zaledwie, by na polu wyrosły nowe fotele, kosze i kwietniki.